" - Powiedz: Nigdy już. - rzucił Cień.
- Spierdalaj. - odparł kruk. "
"Amerykańscy bogowie" Neil Gaiman
Mogłabym ciągle spać. Albo mogłoby mnie nie być w domu. Byleby uciec. Byleby nie myśleć. Innymi słowy dostaję pierdolca.
Tak, tak... marzę, znaczy się jestem w stanie to osiągnąć... Kiedyś myślałam, że się ogarnę. Powinno było być mi łatwiej. A jest w ch... trudniej...! Bo dotknięcie marzenia, jedno jedyne dotknięcie równałby się z postawieniem świata do góry nogami. Bo albo podejmuję decyzję jutro, wybieram koniec początku, czy początek końca... Albo żyję na linii, czekając na swoj spontaniczność, albo lekki podmuch wiatru ze świata, żeby runąć w którąkolwiek stronę przepaści.
Jak tylko będę mogła, wynoszę się stąd. To miejsce mnie zasmuca i kojarzy się jedynie z nudą, chorobą i kolejnymi kłótniami. Chociaż przynajmniej miejsce na parapecie w słoneczne dni jest przyjemne. Tylko lot krótki.
Wyzwanie. Tak. W końcu się zdecydowałam. Zobaczymy... Nic nie tracę. Mogę tylko zyskać trochę ukojenia, a nawet uwolnienie...
Muzyka, wibrująca we krwi... Kanapy, które wiele już przeszły... Ubrudzony glan, którym i tak się szpanuje... Trochę śmiechu, zmęczenia i gothów... Niezręczna sytuacja razy kilka... Kilka naliczonych refleksów... Truskawkowy Strepsils potrzebny dopiero w ciszy... Mimo, że popsuty nastrój...
Coś jest nie tak. Coś się dzieje źle. Boję się... Milczenie mnie przeraża. A może jestem głupia, uważając, że to jest takie kruche... A może z nudów wymyślam problemy.
A tak w ogóle, to jestem idiotką, ale działam dalej. Mówiąc: "Nigdy już."... Eee.. nie, po prostu: "Spierdalajcie."...